Voigtländer Ultron 28 mm f/2

Właśnie miałem deja vu. Wyciągnąłem z pudełka obiektyw Voigtlander Ultron 28 mm f/2 i…. I tak jakbym przeniósł się w czasie do pewnego, słonecznego popołudnia w roku 1992. Przechadzałem się wówczas uliczkami Monachium i wszedłem do jednego z komisów. Komisu gromadzącego wszelkie, dziwne fotograficzne wynalazki, które łączyła jedna cecha – były niedostępne w Polsce. Znajdowały się tam niebotycznie drogie, najnowsze cacka typu Hasselblad 205 TCC, ale był także, bardzo mnie interesujące „zwykłe” szkła Zeiss z mocowaniem Yashica/Contax. Poprosiłem sprzedawcę aby podał mi Distagona 28 mm f/2,8. Podał, ale szybko dołożył jeszcze Distagona 28 mm f/2. Tego nie zrozumie nikt, kto ówcześnie nie parał się fotografią. Distagon o świetle f/2,8 był produkowany w Japonii. Ten o świetle f/2 w Oberkochen… W sklepie unosił się zapach starszych korpusów oklejonych skórą, smaru technicznego i niezliczonej ilości pudełek, czasami lekko przykurzonych. Z drugiego pomieszczenia dochodził zapach chemii i filmów, zgromadzonych tam w wielkich ilościach. Przez okno witryny, sączyło się popołudniowe, mocne jeszcze światło słońca.

Wziąłem do ręki Distagona 28 mm f/2,8. Zwykły obiektyw to nie był. Marzył mi się taki stałoogniskowy do mojego korpusu. Jego czyściutkie soczewki lśniły typowym dla Zeissa w tamtym czasie, zielono-fioletowym blaskiem. Był piękny. Odłożyłem go z szacunkiem (był drogi – nawet bardzo, jak na kieszeń studenta – niebotycznie drogi). Sięgnąłem po tego, który był dwa razy cięższy i dwa razy większy – o świetle f/2. Zdjąłem pokrywkę i …. Błysnęło w moim kierunku światło odbite od wielowarstwowych powłok. Soczewki tak pięknie potrafią wówczas wyglądać. W tym błysku, dominowała czerwień. Był filolet, był, niebieski i troszkę może zielonego, jednak dominowała czerwień. Takiego obiektywu, nigdy wcześniej nie widziałem. Może to kolor światła w sklepie, może to złudzenie, ale na długo zapamiętałem, widok wnętrza układu optycznego Distagona 28 mm f/2 z mocowaniem Yashica/Contax. 

Obiektyw Voigtländer, wyprodukowany przez Cosinę, który właśnie trzymam w dłoni, daje właśnie taki sam błysk warstw przeciwodblaskowych. Nie chcę wysnuwać zbyt pochopnych wniosków, i nie mogę twierdzić, że to wybitna konstrukcja optyczna. Na to za wcześnie. Jednak jego wielkość, obudowa, sposób wykonania i front czyli powierzchnia okalająca przednią soczewkę przypominają mi jeszcze coś innego. Obiektywy Leica. Zimny metal, bardzo małe rozmiary i ten specyficzny, ultra przezroczysty układ optyczny, świadczący o jego producencie jak najlepiej. To bardziej robota jubilera i zegarmistrza niż inżyniera. Bardzo ładny, zgrabny korpusik obiektywu z mocowaniem M. Na każdym korpusie M, będzie wyglądał jak szkło natywne. Na korpusie Sony A7R z przejściówką, wygląda także bardzo efektownie. Jasność f/2 przy tak małym szkle?

Długość 51,2 mm, średnica 55 mm, mocowanie filtra 46 mm, waga 244 gramy. To duża masa jak na tak mały obiektyw. Musi zawierać dużą ilość szkła – myślę. Rzeczywiście. 10 soczewek w 8 grupach, w tym pierwsza soczewka o niskim współczynniku załamania światła. 10 listków przysłony. Najmniejsza odległość fotografowania 0,7 m. 

Tyle szczegółów. Was zapewne zaciekawi, co to za obiektyw i jaki daje obraz?  Tu muszę się trochę uśmiechnąć pod nosem, gdyż wstępnie tego obiektywu nie brałem poważnie pod uwagę, ponieważ… Ponieważ nienawidzę ogniskowej 28 mm. Byłem na nią skazany przez długie lata pracy z fotografią srebrową, a potem, w czasie pracy lustrzankami cyfrowymi C i N także. Za wąsko jak na szeroki kąt i za szeroko jak na jedyny szeroki. 35 mm to podstawa, potem – co najmniej 24 mm. Najlepiej 21 mm. Tak więc ten Voigtländer oczekiwał na swoją kolej. 

Zachwyt nad samą budową, wielkością i wyglądem, to dobry pierwszy krok do testu. Ładnie się zapowiadał. Studziła zapał, tylko jedna cecha, pewien anachronizm w wyglądzie. Pewne podobieństwo do obiektywów starszych (czytaj sprzed ery matryc), projektowanych dla kamer na film. Jak jest w istocie? Nie ma wyjścia. Trzeba było się przekonać.

Wnioski? To specyficzny obiektyw. Bardzo dobrej klasy dwudziestka ósemka. Przewyższa jakością to co oferują takie szkła „lustrzankowe” jak Nikkor 28 mm f/2,8 czy Canon o tym samym świetle i ogniskowej. To tak dla przykładu. To konstrukcja na poziomie szkieł Zeiss`a serii Classic (to te manualne z mocowaniem Canon i Nikon). Bije więc na głowę to niedorzeczne coś, czym jest obiektyw Sony FE 28 mm f/2. To zupełnie inna liga. 

Kolory, ostrość, kontrast – na najwyższym poziomie. Jednak nie na absolutnie najwyższym. To nie poziom takiego szkła jak Otus 28 mm f/1,4. Oczywiście po przymknięciu do f/4 i wyżej, uzyskujemy referencyjną ostrość, ale to nie sztuka. Sztuką jest – popisywać się ostrością od otwartej przysłony. Ta jest, a i owszem, ale w centrum obrazu. Jest ostro, ale po brzegach ostrość spada. To nieciekawie, pomyślicie! Otóż nie. Nie jest, źle. Ponieważ opisując obiektyw. Ten w szczególności. Oceniam go bardzo sumiennie i krytycznie. Nie wybaczam błędów, a ten ma ich na tyle mało, ostrość tak niewiele odbiega od najbardziej zaawansowanych konstrukcji, że przy tym rozmiarze szkła, w ogóle nie jest istotna. Ten obiektyw daje piękny obraz. Bardzo trójwymiarowy. Bardzo, bardzo kontrastowy. Nie ma dystorsji, ma lekkie winietowanie, które owej trójwymiarowości pomaga no i, to największy plus – daje bardzo „ładne” obrazy. Czyli – jest tak – analiza typu szkiełko i oko – mówi, że na otwartej przysłonie mogłoby być lepiej. Serce zaś woła – to nieistotne bo całość obrazu jest piękna. Nie do końca to rozumiałem. 

Dla właścicieli korpusów Leica, to świetna alternatywa, na posiadanie dwudziestki ósemki, o jakości zbliżonej do topowych modeli takich jak Summicron 28 mm f/2 czy Summarit 28 mm f/2,8. Nie zrozumcie mnie źle – te dwa obiektywy są jeszcze ostrzejsze, ale kosztują o wiele więcej i mają widoczną aberrację chromatyczną. Tu jej nie ma. Dystorsji nie ma, a kontrast jest – podobnie jak w szkłach z Solms – bardzo wysoki. W finalnych fotografiach nie powinniśmy widzieć różnicy. Jeśli pracujesz na ulicy, jesteś reporterem, fotografujesz pejzaże lub architekturę, to ten obiektyw jest bardzo dobrym wyborem. Nie tylko dla posiadaczy systemu M.

Spacer, na który się wybrałem to poranek. Nie było fajnych warunków. Ostre słońce, głębokie cienie. Tymczasem zdjęcia „byle czego”, wyszły dobrze. Nie rozumiałem, co mi się w nich tak podoba. Zwróciłem uwagę na wyjątkową soczystość kolorów. Transparentność barw. Odcięcie jednego koloru od drugiego. Zacząłem się przyglądać i…. Znalazłem. Ten obiektyw, pozbawiony jest aberracji chromatycznej! To oczywiście nie APO, jak Lanthar 65 mm f/2. To „tylko” Ultron. Czy inżynierowie Cosiny, stojący za jego powstaniem, nie mieli na myśli podciągnięcie go, do rodziny wyższej klasy szkieł – opatrzonej taką nazwą? Rodziny obiektywów Ultron, charakteryzującej się bardzo dobrą korekcją barwną? Chyba tak. Dziwne jest, że się tym nie chwalą. Trochę mnie to smuci, ponieważ czuć w materiałach reklamowych Cosiny, tę samą zdawkowość, która denerwuje, przy lekturze broszur informacyjnych Bentley`a. Kilka sloganów. Żadnej ekscytacji. Suche fakty, a gdzieś na końcu tabelka. Pojemność silnika 5998 cm sześciennych.  Moc 575 KM. Moment obrotowy 700 Nm. Masa całkowita 2900 kg. Prędkość maksymalna 314 km/h. Silnik – podwójnie turbo doładowane W 12 itd. itp. Jakby to były zwyczajne osiągi. 

Inżynierowie Cosiny twierdzą, że to dobry obiektyw do zabawy głębią ostrości i interesującym rozmyciem tła, co daje interesujące rezultaty, przy tak szerokim kącie i takim kontraście. Zwłaszcza przy w pełni otwartej przysłonie. I mają rację. Ultron 28 mm f/2, to nie Bentley Continental GTC, ale to jedna z ciekawszych dwudziestek ósemek na rynku. Właśnie dzięki temu jaki generuje obraz.

admin Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *