Co jest lepsze? Analog czy cyfra?

Podczas robienia porządku w cyfrowym archiwum – znalazłem swój tekst z około 2009 może 2010 roku. Stary tekst wydał mi się aktualny na tyle, że postanowiłem go przedstawić – Wam i sobie do rozwagi.

Wówczas katalizatorem, który przyspieszył moją reakcję był artykuł mojego ulubionego wówczas blogera. Autor, którego darzę szacunkiem podnosił wówczas kwestię – Co jest bardziej wartościowe – analog czy cyfra? Teraz gdy srebrowa fotografia zaczyna coraz śmielej (na nowo) istnieć w świadomości tych, którzy dążą do idealnego obrazu – to pytanie można by postawić raz jeszcze.

Dodam, że wg. mnie każdy świadomie fotografujący powinien umieć wywołać film i zrobić powiększenie. No dobra wystarczy, że wywoła film – i tu czapki z głów dla Marcina Watemborskiego za artykuł zdradzający urodzonym w cyfrowych czasach podstawy srebrowej fotografii. Film ze swą fizycznością i obecnie niedoskonałością (matryce prześcignęły ziarno – kiedyś szacowano, że aby cyfrowa kamera „przebiła” analogową musiałaby mieć więcej niż 6 mln pikseli – co uważano za absurd – przypomnienie autora) daje zupełnie inne obrazowanie. Potem można go zeskanować, obrobić i wydrukować lub naświetlić. Uzyskany obraz nie będzie już do końca cyfrowym. To samo dotyczy obiektywów, które obrazują w klasyczny sposób, nie korygując wszelkich wad. Dają swego rodzaju magię. Ogólnie uważam, że powinniśmy świadomie czerpać z obu technologii…

Co lepsze – analog czy cyfra?

Zastanówcie się nad tym. Ja próbowałem już od dłuższego czasu. Wydaje mi się, że to tak naprawdę nie ma znaczenia!!! To tylko metoda. Metoda pomagająca w stworzeniu bardziej zadowalającego nas obrazu. Nic więcej. Chodzi o to, aby fotografie były coraz lepsze. Lepsze w świadomości swego twórcy (inni i tak wyciągną z tego to co zechcą).

Chciałoby się krzyknąć – zostawcie takie spory! Czy oglądając bardziej dojrzałe “media” sztuki spieramy się o ich fizyczność? W malarstwie onegdaj zarezerwowanym dla oleju pojawiły się mocne kolory farb akrylowych. Zachłysnął się nimi rynek. Zachłysnęli się artyści. Przewaliła się masa “dzieł”, które były inne bo miały niespotykaną do tej pory kolorystykę. I co stało się potem? Potem rynek się uspokoił. Artyści sięgali po obie metody w zależności od natchnienia, tematu czy własnych skłonności i spolaryzowanego stylu. Nas czeka to samo. Takie dyskusje to zapowiedź tego, że zaczynamy dojrzewać i zdawać sobie sprawę ze znaczenia medium. Z dzielących je różnic. Z subtelności. Z naszych predyspozycji.

W kinematografii cyfra bardzo walczy o podbicie zarezerwowanego dla filmu rynku profesjonalnych produkcji. Z różnych względów, różnie to wygląda. Filmy realizowane są w tak nieraz pogmatwany sposób, że trudno rozróżnić co i na czym zostało “nakręcone”. Filmy analogowe i tak są skanowane i montowane cyfrowo, aby potem znowu trafić na taśmę. Są filmy cyfrowe, które następnie się naświetla na film. Jest to ogólnie przyjęta koncepcja. Nikogo nie dziwiąca. Cyfrowe kamery upodabnia się w działaniu do kamer filmowych (prawie wszystkie kamery mają tryb rejestracji 24 klatki na sekundę itp.). Znawcy rozróżniają obraz po niuansach (fizyczny materiał, nieregularne ziarno, niedoskonałości, głębia ostrości). A tak naprawdę liczy się wykreowany obraz, jego moc, przesłanie, pomysł i realizacja. Kto z Was idąc do kina myśli o tym czy film realizowany był cyfrowo czy tradycyjnie. Na ogół tego nie wiemy!!! W skrócie –

Fotografia cyfrowa? To absurd!

To prawda, że medium jakim jest fotografia przeszło ostatnio wielką rewolucję. Rewolucję dotyczącą sposobu rejestracji i zapisu obrazu. Zmienił się materiał rejestrujący – z błony światłoczułej jednorazowego użytku w elektroniczną matrycę światłoczułą. Zmienił się sposób przechowywania naświetlonych obrazów – z naświetlonych i wywołanych kawałków błony światłoczułej w zapis na nośnikach magnetycznych i optycznych w postaci danych cyfrowych. Halogenki srebra zastąpione zostały pikselami matryc. Podobne zmiany zaszły nie tak dawno w muzyce. Analogia jest oczywista. Płyty gramofonowe zostały zastąpione nośnikiem magnetycznym, a potem optycznym – muzyka została „ucyfrowiona”! Czy jednak mówi się o muzyce cyfrowej? Nie! Utwór muzyczny jest zbiorem dźwięków i nikt nie dodaje słowa „cyfra” do słowa „muzyka”! W fotografii, która jest rejestracją za pomocą światła – słowo „cyfra” zadomowiła się na dobre. Dlaczego? Nie mam pojęcia!

W każdej księgarni natkniecie się na zbiór co najmniej kilkunastu (a w lepszych i kilkudziesięciu) tytułów poświęconych fotografii. Zdecydowana większość zawiera w sobie słowo “cyfrowa”. Przecież to absurdalne! Czy ucząc się zasad ruchu drogowego z podręcznika dla kierowców oczekujecie czegoś w stylu: “Nauka jazdy dieslem”? Nie! Chcecie nauczyć się zasad ruchu drogowego, a nie poruszania się pojazdem z konkretnym rodzajem napędu. W dobie coraz bardziej płynnie pracujących diesli zaczynamy nie rozróżniać jaki silnik napędza auto którym się poruszamy. Nie o to wszak chodzi! Ważne jest poruszanie się, a nie to czym jedziemy.
Tak właśnie powinniśmy spojrzeć na fotografię!
Fotografia to medium zapisujące obraz nieruchomy w sposób na wpół mechaniczny. Jej istotą i produktem końcowym jest gotowy obraz nieruchomy. Tyle! Jest tak wiele dróg otrzymania obrazu nieruchomego i tak wiele metod jego przechowywania i demonstracji, że nie powinno się używać tak okrojonego terminu.

„Cyfrowa fotografia” – spoko – ale co ma powiedzieć profesjonalny fotograf, który fotografuje kamerą 4×5 cali po to aby mógł wykonywać nieskończenie dokładne powiększenia! Przecież stosowanie diapozytywów w takim formacie jest już na wymarciu, a on jednak z uporem maniaka dźwiga sprzęt ważący wiele kilogramów i poświęca się przygotowując go do pracy przez niekończące się minuty. Co ma powiedzieć? Jaką fotografię wykonuje? Może… Tfu!…. „Analogową” – To katastrofalne określenie słyszę najczęściej w supermarketach z ust sprzedawców zachwalających najnowszy model kompaktowej kamery. Co ciekawe w ich ustach analogowy znaczy gorszy!
Nie! Przecież on swoje prace skanuje w gigantycznych rozdzielczościach i przechowuje w przeogromnych plikach. Pokazuje je w internecie i przesyła do wydawnictw. Istotą jego starań jest uchwycenie obrazu, a to jak potem jest przetwarzany nie ma już większego znaczenia. Kamera, którą wybrał daje dużą kontrolę nad głębią ostrości i jej nachyleniem. To świadomy wybór.

Zapytacie się zapewne – O co chodzi? Spieszę z odpowiedzią. Uważam, że ekscytowanie się medium, czyli nośnikiem nie ma sensu. Cieszmy się z tego, że jest łatwiej – chociaż to doceniają tak naprawdę tylko Ci, którzy mieli do czynienia z fotografią srebrową – po prostu fotografując, tak aby zdobywać coraz ciekawsze obrazy. W fotografii o to bowiem chodzi aby uzyskiwać coraz lepsze fotografie – przynajmniej powinno o to chodzić. Tymczasem nasze zafascynowanie technicznym procesem, tak bardzo uproszczonym, staje się niezdrowe. Fotografia się dewaluuje w zastraszającym tempie. Coraz mniejszy szacunek związany jest z pracą fotografa. A jest to także wypadkowa naszego podejścia. Nie mamy szacunku dla medium. Fotografujemy w tysiącach kadrów – co wcześniej byłoby nie do pomyślenia. Co nam szkodzi. Mamy je “za darmo”. Kiedyś fotograf weselny umawiał się na 4 rolki filmu i było git. Teraz po ślubie para młoda otrzymuje płytę z 3000 jotpegów. Oczywiście nie do końca obrobionych tak jak trzeba, ponieważ nie da się zapanować nad taką ilością fotografii.

Powolny proces degradacji medium to nie jest nowa sprawa. Pojawienie się kiedyś fotografii wyparło tak wówczas szanowane, naturalistyczne malarstwo. Już nie trzeba było ręką artysty pokazywać świata – robiła to znacznie dokładniej fotografia. Malarstwo zaczęło ewoluować w nową niedostępną dla fotografii stronę. W impresjonizm, który uciekał od naśladowania natury. Potem w abstrakcję.

Dojrzewamy. W innym miejscu sieci czytam o tym, że ten czy ów żałuje dawnych diapozytywów, starannego kadrowania, szacunku dla nabytej rolki filmu i godzin przy koreksie. Ja cieszę się, że przez to przechodziłem. Wiele mnie to nauczyło. Zwłaszcza pokory. Cieszę się, że nie muszę taszczyć destylowanej wody aby rozrobić cenny wywoływacz. Cieszę się, że barytowe papiery Ilforda zmieniły się jednak w papiery do drukarek. Cieszę się, że zamiast powiększalnika mamy komputery. Możemy dzięki nim zapanować nad obrazem. Lepiej niż kiedykolwiek. A to, że nie mamy nad czym bo robimy słabe zdjęcia – to już nasza wina. Dlaczego się cieszę? Pamiętam, że przygotowanie się do porządnej wystawy fotografii w formacie 70×100 cm potrafiło kosztować mnie grubo ponad 4 tysiące złotych (papier, kuwety, chemia). Pamiętam kłopoty z nabyciem odpowiednich kuwet, chemii i ściągnięcia nierealnego w Polsce obiektywu Apo Rodagon. Pamiętam eksmisję rodziny, którą gromadziłem na noc w jednym pomieszczeniu i zakazałem wychodzenia. W dzień też nie mogli się swobodnie poruszać. Cały dzień uszczelniania okien. Wszystkich! Płukanie barytu!!! Wiecie coś o tym!? W takim formacie? Suszenie. To była totalna fotograficzna magia. Pan w sklepie foto ustalał mi przez kilka tygodni czy da się ściągnąć z Niemiec odpowiedni Baryt Vario Fine Art w roli! To było mistyczne i uduchowione. Profesjonalne i artystyczne. Ale czy to sprawiało, że fotografie były lepsze? Ani ociupinkę! Były inne. Są nieśmiertelne. Zwinięte czekają na oprawienie. Mają swoją duszę ale to tyle. Nie znikną z dysku DVD, który się rozwarstwi. Nasi potomkowie będą mogli je odwinąć i z zachwytem westchnąć – patrz to “prawdziwe” fotografie. Ale podkreślam to tyle. To samo można uzyskać zaopatrując wielkoformatową drukarkę w system Niagara i specjalne monochromatyczne tusze o wielkiej trwałości. Można w dobie cyfrówek fotografować i swoje obrazy drukować na artystycznym poziomie artystycznymi, archiwalnymi tuszami o niebywałej trwałości. Nikt Wam tego nie zabrania. A jednak tak niewielu się na to zdobywa. Producenci papieru foto produkują papiery do drukarek o takiej samej trwałości i składzie jak dawne fotograficzne.

Dlaczego wykonanie operacji na otwartym sercu przez człowieka ma być gorsze niż to samo zrobione przez robota. O! To dobre porównanie. Taki robot chirurgiczny nie robi niczego sam. Za nim stoi człowiek. Robot jednak jest przedłużeniem jego woli. Ma mniejsze narzędzia, większą precyzję, stabilizację, kamerę tuż przy polu operacyjnym – same plusy! Ważny jest efekt.

Dzisiaj jest łatwiej, a jednak Ci, którzy nie przeszli “analogowej” szkoły nie mogą pewnych rzeczy zrozumieć. Mają kłopoty aby nauczyć się szacunku dla medium. Szacunku dla kadru. Dla własnej pracy i własnego wysiłku. Przygotowanie Hassela pięćsetki do zdjęcia to fajna sprawa. Cyknięcie mechanizmów przy naświetlaniu to wręcz boski dźwięk. Miałem Hasselblada i każdorazowe przymierzanie się do ujęcia zbliżone było do gry wstępnej – ale co z tego? Zdjęcia były tak dobre jak ja (a więc niezbyt i sam Hassel niczego poza jakością nie wnosił). Cieszę się obecnie z przesiadki – do srebrowej fotografii już bym nie powrócił. Doskonaląc się w robieniu obrazów (tych dla własnego ego a nie komercyjnych) nie zastanawiajmy się czym, ale co zrobimy. Wówczas wszystko się wyjaśni, a tak naprawdę dopiero skomplikuje.

Wszystkim wychowanym w duchu cyfrowej fotografii proponuję następującą metodę działania. Kupcie taką kartę, która pomieści góra 36 zdjęć z Waszej kamery (ja znalazłem kartę 256 MB, na której mieści się 6 raw-ów z Sony A7R). Załóżcie standard w swoim formacie i zobaczcie co widzicie na ekranie/matówce/w celowniku. Zastanówcie się co chcecie sfotografować aby uzyskać ciekawy, nietuzinkowy, inny obraz. I dopiero zabierzcie się za fotografowanie. Nie kasujcie plików nieudanych. Jeśli dopiero piąty kadr będzie tym właściwym to trudno. Mniej przyniesiecie do domu zdjęć. Miesiąc takich działań, a okaże się, że co piąte Wasze zdjęcie jest dobre! Tak! Pamiętam, zajęcia z grupą niemieckich fotografów (dawne czasy), którym wystarczył jeden dzień. Wypuściłem ich na zajęcia w miejsce przepiękne, ale do którego nigdy nie mogli już wrócić. Każdy miał jedną kartę 256 MB i jeden obiektyw stałoogniskowy (mogli sobie wybrać). Wieczorem po kolacji oglądaliśmy fotografie i wierzcie mi to nie francuskie wino sprawiło, że takich emocji nigdy wcześniej nie zaznali. Tak dużej ilości dobrych zdjęć w ciągu jednego dnia, też nigdy nie zrobili. Nigdy nad jednym zdjęciem tak długo się nie zastanawiali. Do “zwykłych” ujęć rozkładali statywy. Oglądać ich w akcji to było coś.

Czy to znaczy, że sprzęt jest niezbyt ważny? Nie! Ważne abyśmy fotografowali tym co wg. nas daje najlepsze dla nas samych rezultaty. Moje ostatnie artykuły drążą temat dobrej optyki podpinanej do bardzo dobrych korpusów. Nie chcę sprzętu średniego. Zauważyłem, że moja przeszłość pozostawiła mi bardzo dużo obrazów. Niektóre są bardzo udane, a niektóre…. Niektóre zrobione były sprzętem średniej jakości. Już nie ma co nad nimi pracować i odświeżać. Są technicznie niedoskonałe. Mam także stare fotografie z roku 2010, które są zrobione bardzo dobrym sprzętem. Mogę teraz je wykorzystać. Wybierać ten czy ów kadr. O dziwo nasz gust zmienia się z czasem i teraz widzę, że podobają mi się inne kadry i inne ujęcia – inaczej je teraz obrabiam. Mogę je jednak wykorzystać. Gdy oglądam dzieła mistrzów, albumy – zadziwia czasem jakość fotografii z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Przestaje zadziwiać jednak gdy dowiadujemy się, że zrobione były na dużym formacie, najlepszymi możliwymi obiektywami. Najlepszym sprzętem. I tu przestaję myśleć. Skupiam się na kadrze, ujęciu, dobrej fotografii, którą podziwiam. Ona jest najważniejsza.

Nie medium jest ważne, a obraz.

admin Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *