Polska okładka Vogue, jak polski dinozaur…

Posted on

Kilka osób pytało mnie ostatnio – Co sądzę o okładce naszego pierwszego rodzimego wydania Vogue? Pytania były kierowane do mnie, jako człowieka znającego się co nieco na obrazie. Tak myślę. Uciekałem przed tym tematem i nie chciałem o tym mówić, odpowiadać, a już najmniej pisać. Ot rzuciłem okiem na to Zjawisko, i zemląwszy w ustach tuzin niecenzuralnych słów, zająłem się Życiem. Absurd tego Wyczynu jest niespotykany. Owszem – Któż bogatemu zabroni? Prawda? Właścicielka polskiego wydania, może sobie pozwolić na ekstrawaganckie zachowania. Owszem – czasopismo opiniotwórcze, które na swą światową opinię pracowało całymi dekadami, może pozwolić sobie na prowokację. Owszem może! Powinno! Ale czy taką?

A jednak, gdy dzisiaj musiałem 10 letniej córce tłumaczyć, o co chodzi z tą okładką – wróciły do mnie tak zgrabnie przywołane przez ignorancką redakcję, (a może nie redakcję tylko kogoś konkretnego?) lata późnego komunizmu – wstrząsnął mną dreszcz, autentycznego obrzydzenia.
Stylistyka współczesnych magazynów modowych – na szczęście jedynie w części – odbiega od klasyki i piękna, które mi z modą nieodmiennie się kojarzą. Udawana ekstrawagancja, przypadkowość kadrów, idąca w parze z prześwietleniami, kontrastowo dobranymi lokacjami itp. To nie moje klimaty. To klimaty autora fotografii, o którym nie będę pisał – ponieważ, każdy kto tworzy cokolwiek, zasługuje wg. mnie na uznanie, już za sam fakt, że mu się chce. O fotografiach innych, nie wspominając o ich ocenianiu, także nie chce mi się nigdy mówić czy pisać. Gust, talent, styl to pojęcia tak niebezpiecznie naładowane emocjami, że lepiej ich nie używać. Nikt nie wie, co jakie jest – ponieważ wszystko jest subiektywne. W sztuce nie ma piękna i brzydoty. Nieprawdaż? Są wartości, które budzą nasze emocje… lub nie budzą;-) Tu – na gruncie wizualnych mediów – wszystko jest kwestią tego, co dzieje się w umyśle odbiorcy.

Nie będę więc, ani odnosić się do stylistyki zdjęcia – chciałbym wierzyć, że to przemyślana stylistyka – ani jego jakości technicznej. Autor zrobił zdjęcie. Redakcja zaakceptowała. Tyle. Klękajcie Narody! Mamy Polską edycję Vogue…

Kiedyś o niej marzyłem. Tak. W latach dziewięćdziesiątych zbierałem Vogue. Z wypiekami na twarzy przeglądałem numery Vogue w salonach EMPiK. Studiowałem, nie miałem zbyt wiele kasy. Oglądać chciałem. A jednak pozwoliłem sobie na zakup kilkudziesięciu sztuk. Prawie cała edycja Vogue Italia z lat 1990-93 stała u mnie na półce. Długie lata – teraz leży w piwnicy. Uczyłem się patrzeć na modę oczami Wielkich Fotografów. Uczyłem się techniki. Oświetlenia. Wspominam te chwile z kawą, nad pachnącymi reklamami perfum, które towarzyszyły pięknym sesjom zdjęciowym. Ta woń odchylanych powoli zaklejonych płatków strony, nasączonych niesamowitymi zapachami, to był powiew Świata. Tego prawdziwego. My z marazmem nabieraliśmy barw po epoce komunizmu, która może miała barwy dla ludzi związanych z PZPR, odpoczywających w tzw. „daczach”, ale dla większości Polaków była bezbarwna.

Wszystko co kojarzy mi się z latami osiemdziesiątymi i końcem lat siedemdziesiątych (tu jeszcze było znośnie), jest dla mnie smutne. Ludzie szarzy. Nic w sklepach. Kolejki za chlebem. Stanie z mamą po zakupy, bo na głowę dają po 10 jajek itd. Ja nie chcę tego pamiętać. Było, minęło. A jednak… Ktoś zadaje sobie sporo trudu, aby postawić w powyginanych pozach dwie świetne modelki, które zdają się nie wierzyć w to co się dzieje. Widziałem nieraz modelkę, która nie wiedziała do czego zmierza zamysł fotografa. Zdziwienia to domena początkujących modelek. Nie wiedzą, jak nasz taniec z kamerą, kąt widzenia, użyty obiektyw przełożą się na finalny obraz. To jednak modelki z mega doświadczeniem, które po wyglądzie soczewek obiektywu, są zapewne w stanie odróżnić szeroki kąt od tele – może niekoniecznie co do typu i precyzyjnej ogniskowej, ale co do finalnego wyglądu swej postaci na końcowym obrazie – z całą pewnością. Są zdziwione tym co robią. Tak ja to odbieram. Może to taki „pstryczek” w nos Polaków? Może nie zasługujemy na normalnego Vogue`a, jak nie zasługujemy na normalne wypłaty, czy intensywnie pachnący proszek do prania i dobrą kawę? Jeżeli taki był zamysł – to szacun. Udało się. Jeśli to tylko ignorancja i przypadek, to jest mi nijako. Może to zemsta fotografa za Kanclerz Merkel z małym dorysowanym wąsikiem, która tak żwawo onegdaj, obiegała ekrany naszych smartfonów?

„Dar” Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich dla podbitego kraju czyli Pałac im. Józefa Stalina, symbol dominacji w sercu stolicy – na okładce pisma o modzie, wraz z czarną wołgą, której bały się nie tylko, straszone przez dorosłych dzieci… Ja w latach siedemdziesiątych, naprawdę bałem się Czarnej Wołgi – podobnie jak wszystkie dzieci na podwórku. Tego nie można zrozumieć, gdy urodziło się po tym wszystkim i nie wie się co to było ORWO czy ORMO?

Czy prowokacja to wszystko do czego można się posunąć? Nie wiem. Obrzydzenie sprawiło, że po tą edycję Vogue nie sięgnę. Może szkoda, wnętrze zapowiada się dobrze. Może nawet bardzo dobrze? Nie sprawdzę tego. Dlaczego?

Dlatego, że wolę zachować w pamięci piękno okładek z innych edycji. Edycji, gdzie całe sztaby głowiły się jak dopieścić okładkę, która była wydarzeniem. Także estetycznym. Myślałem, że się mylę, ale przeglądarka wskazała mi po zapytaniu ”Vogue, cover” – taki oto obrazek.

Nie myliłem się. Nie pamiętałem, aby postaci modelek na okładce, miały takie proporcje do całej reszty. Nigdy też, nie dominowała na znanej mi okładce, tak dosadnie, bryła architektoniczna. Wszystko tu nie gra. Pozy, ubrania, pora roku, o braku współczesnej Warszawy nie wspomnę. Wolę tą uproszczoną, ale udającą „Świat”, wizję z romantycznych komedii. Chociażby dlatego, że to miasto wycierpiało już wszystko co można i należy mu się drugi oddech. Nam też. Miłośnicy piękna muszą tę okładkę przeżyć i może zajrzeć do wnętrza. Ja nie muszę. Nie chcę.

Jako nacja, podobno potrafimy wszystko spi… zepsuć. Nie potrafimy przyjąć czegoś takim jakim jest, skoro jest dobre, trochę udoskonalić i w tym pokazać ułańską fantazję przodków. Nie. My zawsze musimy być „do przodu”. Szkoda, że często nie rozumiemy, że nie jesteśmy pępkiem świata, a w przypadku mody…. W przypadku mody, nie jesteśmy nawet halluxem. Pamiętam jak kiedyś, przed laty (teraz stan wiedzy się zmienił), wyszedłem załamany z księgarni. Przez przypadek znalazłem tam pozycję pod tytułem „Polski dinozaur”. Ów, odkryty wówczas gad, miał na oko, nieco ponad metr wzrostu. Naprawdę mnie to załamało. W głowie pulsowała mi myśl: „Czy tu nad Wisłą nic nie może się udać?” Nawet dinozaur??? Ta okładka, jest jak ten nasz pierwszy dinozaur.

A tak już z innej beczki. Jeśli jesteście spragnieni ciekawego czytania o fotografii, jeśli kręci Was bardzo ceniony przeze mnie sprzęt Fuji (znajomi wiedzą w czym rzecz), zawsze możecie zajrzeć na stronę X-man`a. Też pisze o Vogue, a jak ładnie testuje sprzęty! Polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *