Leica M10 P

Posted on

Sprzętu Leica nikt nie rozumie. Poza tymi, którzy go uwielbiają, posiadają i cieszą się nim. Nie da się nic powiedzieć o fotografowaniu tym sprzętem jeśli nie zapełniło się fotografując nim, trochę kart pamięci. To sprzęt wymagający. Jednak na wskroś „fotograficzny” w swym DNA. Nie tylko “fotograficzny” zresztą. Jest także „analogowy” w jakimś sensie i nie mam tu na myśli ciągle produkowanych korpusów na film. Ponieważ równolegle używam korpusów Sony – zdaję sobie sprawę z różnicy pomiędzy tymi systemami. Wiem, który na jakim polu sprawował się będzie lepiej. Jednak gdy analizuję obrazy zauważam coś niesamowitego. Zdjęcia z korpusu Leica i obiektywu Leica mają swój lekko analogowy look. Oczywiście wszystko zależy od doboru zestawu obiektyw-kamera. Jeśli jednak zbudujemy zestaw w oparciu o sztandarowe klasyki tej marki jak Summicron czy Summilux – otrzymamy taki właśnie klasyczny look. Nieco nostalgiczno-analogowy. Widać to zwłaszcza na plikach jpeg uzyskiwanych bezpośrednio z kamery. Te rozmycia, ta analogowa, zgodna z prawami fizyki, niedokładność, głębia, rozkład nieostrości w poszczególnych planach – robią wrażenie na tych, którzy nie szukają idealnej perfekcji, a ulotnej, fotograficznej materii.

Jeśli porównamy obraz z klasycznego zestawu z Solms z takim przykładowym zestawem jak Sony A7 + Zeiss Sonnar 55 mm f/1,8 uzyskamy niebagatelną różnicę. Różnicę, którą da się od razu zauważyć. Idealna ale bezduszna, wysoko kontrastowa rejestracja kontra obrazy, które nieco inaczej interpretują rzeczywistość, coś od siebie dodając. (Wyjątkiem byłoby założenie na korpus M obiektywu APO Summicron 50 mm f/2- on bliższy jest temu zestawowi Sony-Zeiss.) To właśnie tu leży cieniutka granica pomiędzy obrazami, które akceptujemy bez wyjątku, oraz obrazami, które akceptują rozmiłowani w smaczkach i detalach twórcy. Tu leży moc systemu. Oczywiście podpinanie tych samych szkieł do korpusów Sony daje ten sam lekko analogowy look, dlatego też chętnie podpinam obiektywy systemu M czy obiektywy Voigtlander wyprodukowane z takim mocowaniem. Podpięcie tych obiektywów do korpusów 7R jeszcze bardziej wzbogaca nasze możliwości twórcze. Efekt jest. Dwa razy zwiększona rozdzielczość matrycy. Ten sam analogowy look. Jest dobrze.

Niestety nie do końca. Używanie, ciężkich, metalowych korpusów Leica M sprawia, że czujemy narzędzie jakim jest aparat, znacznie silniej. Pewność, jaką otrzymujemy, poczucie solidności narzędzia, które nas nie zawiedzie nie jest czymś obecnie powszechnym. W czasach tandety i dominującej byle jakości, zetknięcie się z czymś tak ponad czasowym budzi respekt. Oczywiście jak to narzędzie wykorzystamy – zależy tylko od nas. 

Nie można się o tym systemie wypowiadać, jeśli się nim nie fotografowało. Chociaż oczywiście kusi, aby zrugać tę czy inną cechę, o której nie mamy pojęcia, lub z miną znawcy „olać” zjawisko.

Ja też tak kiedyś zrobiłem. Były to czasy, w których testowałem samochody, pisząc testy dla prasy. Tak jakoś się działo, że były to głównie marki niemieckie. Audi, Mercedes-Benz i BMW. Jeżdżąc M-kami z Bawarii i modelami AMG Mercedesa, myślałem, że wiem już dużo. Gdy tylko wpadała mi gdzieś w oczy informacja o modelach Porsche, zwłaszcza dotycząca nieśmiertelnej 911-tki, uśmiechałem się z politowaniem. Niezrozumienie zagadnienia nieśmiertelności linii stylistycznej. Zwyczajna niemoc zrozumienia faktu, że coś sprawdzonego nie musi się zmieniać co 2-3 lata, były barierą, z którą nawet nie chciałem się zderzać. Nie obchodziło mnie to wcale. Wiedziałem swoje. Owszem słyszałem opinie, że to dobre auta ale czy mogły one być na tyle godne uwagi, aby się nimi zainteresować? Wątpiłem w to szczerze. Gdy po czasie przyszło testować Porsche 911 Turbo. Zmieniłem zdanie po pierwszych dwóch minutach za kierownicą. Dojrzałem. Wszystko stało się jasne. W mig zrozumiałem ideę, która sprawiała, że ten klasyk po prostu nie powinien się zmieniać. Jednak dojrzałem, bo miałem okazję spróbować. W przypadku korpusów Leica nie jest to takie proste. Większość z nas, fotografujących, nie będzie  miała tej przyjemności… A szkoda. Pragnę Wam zaprezentować nowy model M10P, omijając zwykłe procedury testowe. Opisy parametrów itp. Dlaczego? 

Czasami tekstu/testu nie chce się pisać. Zwłaszcza gdy, wiem z góry, że temat jest trudny. Tak właśnie było z tym artykułem. Piszę to szczerze. Kilka razy zastanawiałem się – co mam napisać? Czy pisać w ogóle? Czy ma sens dzielenie się swoją opinią o sprzęcie, który nie jest zrozumiany przez ogół? Chyba nie! Odpowiadałem sobie w duchu i zabierałem się za inne sprawy. Pisanie artykułu odkładałem jak tylko się dało. 

Tak właśnie to czuję. Leica to sprzęt przez większość niedoceniany. Niezrozumiany. Przepraszam za uogólnienie. Przez większość w krajach, gdzie zarobki stoją na takim, a nie innym poziomie – chciałoby się napisać. Nie. To jednak nie to. Cena innych korpusów wzrosła i Leica nie odstaje już tak bardzo od innych aparatów. Ceny obiektywów także poszybowały wyżej. Jednak ze zrozumieniem jej fenomenu jest ciężko. Na drodze stoją twarde argumenty, które w pragmatycznych umysłach dystansują te mniej oczywiste – ale – nie mniej ważne. Przytoczę dwa zasadnicze. 

Cena systemu – czyli kamery i obiektywów wydaje się być wysoka. 

Brak najnowszych osiągnięć jak zaawansowany system AF czy ponad 40 milionowe matryce…

Hmm. To oczywiste stwierdzenia. Jednak bardzo powierzchowne, bo nie zgłębiające istoty rzeczy. Najczęściej wypowiadane przez osoby, które aparatu Leica nigdy w ręku nie trzymały i nie miały okazji nim fotografować. Wielość takich opinii  znajdujących się w sieci czy wypowiadanych w kuluarach fotograficznych imprez, zdaje się mieć duży wpływ na rzesze fotografujących. Schemat się utrwala. Tylko nieliczni zadają sobie trud bliższego poznania. Czasami nie tylko poznania ale i pofotografowania, a potem…. Zadawania sobie pytań. Przewartościowywania swego świato(foto)poglądu. Często gdy słyszę takie stwierdzenia wkładam w dłonie wypowiadającego korpus M, aby mógł tego „czegoś” doświadczyć. 

Leica nie jest dla wszystkich. Zdecydowanie. Nie jest to oczywiste, ale na świecie sięgają po nią świadomi twórcy i ci, którzy chcą się nimi stać. Ograniczenia obecne w naszych (czytaj: środkowo-europejskich, postkomunistycznych), tam nie działają. Po prostu szersze grono osób stać na ten sprzęt. Łatwiej im po niego sięgnąć. Jest bardziej popularny. Nie jest otoczony nimbem niedostępności. Dla mnie sprzęt Leica jest fotograficznym Hi-Endem – dla… No właśnie… Dla świadomych. Co przez to rozumiem – zaraz wyjaśnię. Najpierw jednak zastanówmy się nad testem, którego nie chciałem napisać.

Dlaczego? Poza tym, że wiedziałem, że to niezbyt popularny temat. To nie wszystko. To nie jest cała prawda. Ja mam ulubiony korpus z Wetzlar. Jest to Leica M Monochrom Typ 246. Uważam ją za absolutnie genialne dzieło, dające wspaniałe, monochromatyczne obrazy. Korpus świetnie pracujący z wszystkimi szkłami, które tylko uda nam się założyć, w tym z bardzo leciwymi konstrukcjami Leitz`a, Zeiss`a czy Voigtlander`a. Modele „kolorowe” nie miały w swoich obrazach tego czegoś, co w fotografii kreacyjnej czarno-białej bardzo lubię a co Monochrom daje z nawiązką. Model Typ 240 czy 240 – P i ich pochodne, nieszczególnie mnie ujęły. Miały oczywiście w geny wpisany zespół cech, za które te aparaty kochamy…. Dobra… Kochają niektórzy. Jednak zdjęcia – poza perfekcją techniczną nie rzucały na kolana. Zawsze wybrałbym Typ 246 niż 240 nawet w wersji P.  Ta niechęć była tak głęboka, że nie chciało mi się sięgnąć po model M10, mimo, że wielu moich kolegów szybko się z nim zapoznała. Nic mnie nie przekonywało – no może mimo wyglądu modelu M10 w wersji chromowanej z nowym uchwytem bocznym. Tak to było przekonujące. Nad resztą się nie zastanawiałem. Gdy nadarzyła się okazja do pofotografowania korpusem M10 od razu dostała mi się wersja M10P. Dobrze się stało, gdyż wersje P zawsze różnią się na korzyść w stosunku do wersji standardowej i to zarówno pod względem wyglądu jak i może przede wszystkim technologii. 

No i cóż. Wpędziła mnie owa „em dziesiątka pe” w zadumę. W bardzo głęboką zadumę, którą oczywiście musiałem przerwać, aby nieco pofotografować, ale sam moment wyjęcia jej z torby, już mnie zastanowił. Wnioski dotyczące fotografowania przyszły później, aby nagle zlać się z tymi pierwszymi w jedność.

Obcowanie z tym korpusem było dla mnie fotograficzno-filozoficzno-intelektualną przygodą. Ten rodzaj emocji okazał się na tyle silny, że pozostał na trwałe i nawet teraz po wielu tygodniach czuję to wyraźnie. Najgorsze (lub najlepsze) jest to, że nie ma w tych wnioskach za bardzo miejsca na typowo testowe wyliczanki funkcji, parametrów i możliwości. Nie będę więc przynudzał, a chętnych odeślę do strony Leica, gdzie pobiorą instrukcje i doczytają resztę. Skupię się nad tymi aspektami, które mnie zastanowiły. Nie będę przy tym Was do niczego przekonywał ani namawiał. Jednak to co zaobserwowałem, zdumiało mnie bardzo głęboko. Namawiam wręcz Was do wnikliwej, krytycznej analizy i konstruktywnego przeanalizowania zarówno tego o czym piszę jak i moich poglądów – mogę nie mieć racji, mogę się mylić… Każdy z nas może. Jednak w poszukiwaniu drogi do najlepszego dla nas systemu nie powinno zabraknąć przystanku Leica M.

Tygodnie zwlekania z tym artykułem pozwoliły mi spojrzeć na zagadnienie z wielu stron. Moje wnioski są stonowane i nie nasycone żywiołem, (po) testowych świeżych emocji i przemyśleń. Serwuję więc Wam danie oparte o wypracowaną recepturę, a nie kulinarny eksperyment. Jeżeli dobrnęliście do tego momentu, to znaczy, że temat korpusów z Wetzlar już Was fascynuje. Może tylko zastanawia – nie wnikam. A jednak….

Leica M10P to nie najlepszy aparat fotograficzny na rynku. Leica M10 jest dla wielu fatalna. Nie ma wbudowanego elektronicznego wizjera, nie ma systemu AF, ani nawet uchylanego ekranu. Każdy zwyczajny Lumix, Fuji czy Soniacz biją ją takimi parametrami na głowę. W dodatku ta cena. Za co tyle płacić!!!! To nonsens! To nie wół roboczy, który każdego wzniesie szybko na wyżyny, ani taki, który przy każdym zleceniu uświadomi nas, że potrafi utrzymać nie tylko nas samych ale i naszą rodzinę. Nie, to nie to. To aparat, który swoją budową sięga swobodnie do lat sześćdziesiątych. Zorki i Fedy – to jego pobratymcy. Gdzie temu korpusowi do bezlusterkowców na S, N czy C? To nie ta liga. 

To racja. To zupełnie inna planeta. 

Na tym uogólnieniu można by zakończyć, ale nie wytłumaczyłoby to mojej zadumy.

Tak. Leica M10P niesie ze sobą taki, a nie inny zespół cech. Ten, który oferuje – świadomie odbiera nam pewien zakres użyteczności. Jednak daje w zamian zupełnie niewymierną wartość, która w żadnym modelu elektronicznym Leica, nie była tak widoczna. To właściwie nie wartość, a zespół wartości, których nie spotkałem, w żadnej innej kamerze. Niestety, aby to docenić, trzeba przejść w fotografii naprawdę wiele. To co uznajemy za najważniejsze potrafi się zdewaluować (ja miałem tak z systemem AF). Dojrzałość jednak przychodzi powoli i nie da się przyspieszyć tego procesu. Na końcu dookoła fotograficznych przemyśleń zostaje esencja, clou fotograficznego jestestwa. Narzędzie.

Marudzenie? Sam nie wiem jak odnieść się do moich słów, tak uparcie przelanych na ekran. Po prostu Leica M10P okazała się jednym z najtrudniejszych testów. Najtrudniejszych, bo nie mogłem uwierzyć, że wnioski, które wyciągnąłem okażą się tak dziwne, a jednocześnie celne. Co więcej, że po dłuższym czasie użytkowania z tych wniosków się nie wycofam. 

Przede wszystkim należy wspomnieć, a robiłem to wielokrotnie, że materiały reklamowe ekskluzywnych (bo nie wszystkich) produktów zza naszej zachodniej granicy, nie kłamią. Wydają się przemyślane nawet w stosownym użyciu marketingowych sloganów. Dla modelu M10 przygotowano taki slogan nadrzędny. „The Camera”, a po naszemu „Aparat”. Tak po prostu. Leica M10P to Kamera fotograficzna, tak bardzo skoncentrowana na realizacji powierzanych jej zadań, że konsekwentnie wymusza (chciałoby się napisać wspiera – ale to za słabe określenie), wymusza konsekwencję w podejściu do wykonywania fotografii. Uprzedzam, trudno jest to opisać. Znając korpusy Leica, poprzednich generacji, wyjąłem z torby dzieło sztuki użytkowej. Precyzyjne, ekskluzywne narzędzie, które wymusza na fotografującym skupienie przy realizacji zadania. Zmusza do koncentracji. Zdaje się cichutko (potem napiszę dlaczego cichutko), szeptać fotografującemu do ucha „Uważaj, zrobię wszystko z chirurgiczną precyzją, ale zastanów się czy to chcesz za moją pomocą sfotografować jest naprawdę ważne? Chcesz tego? Ok. Działajmy!”.

Bredzę? Trochę tak. Nie potrafię jednak opisać wrażeń z trzymania w dłoniach tego na wskroś przemyślanego, esencjonalnego korpusu, o znacznie zmniejszonych gabarytach w stosunku do poprzednich modeli cyfrowych. Inżynierowie z Wetzlar, chwalili się, że postawili sobie za zadanie zrównanie modelu cyfrowego z modelami analogowymi. Udało im się to. Korpus odchudzono znacznie, a pamiętajmy, że matryca osadzona jest za migawką, znacznie głębiej niż w innych bezlusterkowcach. Dzieje się tak dlatego, że zachowano odległość roboczą od krawędzi bagnetu do powierzchni światłoczułej, aby wersje cyfrowe i analogowe działały z tymi samymi obiektywami. Jednak film to tylko cienki celuloid. Matryca zaś to element grubszy i skomplikowany. A jednak się udało. Poniekąd dzięki poszerzeniu pierścienia bagnetu mocowania obiektywu – tyle, ze to w ogóle nie przeszkadza. Body jest bardzo zgrabne, oczywiście ciężkie (metal), wykonane z największą precyzją i jubilerską wręcz dbałością o detale. To wyrafinowanie po prostu się czuje. W świecie fotografii nie da się już tego do niczego przyrównać, no może do korpusów Hasselblada serii V czy F z ostatniego dziesięciolecia XX wieku. Gdyby przywołać porównania motoryzacyjne, to nie są to wrażenia korzystania z Bentleya Continentala GT czy Mulsanne. To raczej Wraith – Rolls Royce. Tak. Skoncentrowane, szczupłe, obciążone potężnym akumulatorem body, doskonale wyważone, robi wielkie wrażenie. Zimny chłód metalu i dolna pokrywa, którą trzeba otworzyć i ściągnąć, aby za nią (a nie za tandetnymi, plastykowymi, drzwiczkami) umieścić kartę pamięci. 

 

Coś co jest krytykowane, pokazuje nam się w innej odsłonie. Widzimy to inaczej. Nie musimy przecież pstrykać tysięcy zdjęć w ciągu jednego dnia, zmieniając karty pamięci z prędkością taśmowego podajnika. Trzymając w reku korpus M10P rozumiemy, że tylko tworzenie doskonałych kadrów ma sens. Tworzymy fotografie, a nie zdjęcia. Nasza karta, schowana pod pancerzem z zimnego metalu, może spokojnie zapisywać efekty naszych obserwacji. Nawet zamknięcie pokrywy, podobne i niezmieniane od lat, odczuwamy jako jedyne pewne. Korpus jest bardzo przemyślany i jesteśmy wdzięczni konstruktorom za spakowanie w tym wątłym ciele, takiej ilości precyzyjnej mechaniki i jakże użytecznej elektroniki. Czując w dłoni zimny chłód metalu i przyjemną, elegancką okładzinę czujemy się zapewnieni, że dokonaliśmy właściwego wyboru. 

Dlaczego Rolls Royce – Widmo? Dlatego, że w wersji P – co jest już tradycją, nie mamy czerwonej kropki, tylko stonowaną, techniczną, elegancję. Jesteśmy tu i teraz z korpusem M10P w dłoni – nie musimy nikomu, niczego udowadniać. Podobnie czujemy się, siedząc na tylnym siedzeniu Rolls Royce. Zapewne. 

Patrzymy na korpus i jednym spojrzeniem od lewa do prawa odnotowujemy wszelkie nastawy. Wprowadzone w modelu M10 pokrętło nastaw czułości jest pierwsze na naszej drodze. Potem pokrętło czasów/trybów naświetlania. Jedno spojrzenie i wiemy wszystko o ustawieniach korpusu. Spojrzenie na wygrawerowane na obiektywie liczby przysłony i skalę ostrości dopełnia obowiązku dostarczenia nam informacji o parametrach ekspozycji.  Aparat możemy przygotować do fotografowania wcześniej, teraz należy kontrolować tylko najważniejsze parametry. 

Czy przypominacie sobie kiedy widzieliście osobę fotografującą lustrzanką? Specjalnie tak to opisuję abyście nie musieli myśleć o sobie podczas fotografowania. Czy pamiętacie zachowania takiej osoby? Ja pamietam to mniej więcej tak, ze fotografujący ciągle spogląda na tylny ekran (nie ma przecież podglądu gotowego zdjęcia w celowniku), ciagle coś poprawia, zmienia w ustawieniach, nerwowo przebija się wybierakiem lub kółkami po zawiłym menu tylno-ekranowym. Od czasu do czasu zrobi zdjęcie, czasami serię i znowu to samo. 

W M10 i M10P też nie ma podglądu gotowego zdjęcia w celowniku, ale fotografuje się znacznie bardziej skutecznie. Nie trzeba myśleć o wszystkich zbędnych ustawieniach i ich zmianach. Fotografujący tym modelem, może na przykład całkowicie zdać się na automatykę balansu bieli. Spokojnie. Balans bieli jest wręcz mistrzowski, wliczając w to prace w zadanych z góry, bardzo trudnych sytuacjach. Tak naturalnych kolorów nie dał mi jeszcze żaden aparat fotograficzny – piszę tu o ustawieniach, z marszu, w trybie auto. To klasa sama w sobie. Wystarczy zrobić kilka zdjęć, aby zaufać kamerze w zupełności i nie mieć ochoty na eksperymentowanie w tym zakresie. 

Reasumując ten wątek – fotografowanie korpusem Leica M10P wygląda inaczej. Fotograf chodzi sobie, lub wnikliwie obserwuje. Co jakiś czas podnosi do oka wizjer i egzekwuje wykonanie konkretnego ujęcia. Nie musi oglądać tylnego ekranu. Uwiecznił to co wcześniej zaplanował umysł. Znowu sobie spaceruje, Leica połączona z jego dłonią paskiem na nadgarstek, spokojnie czeka na moment kolejnego, świadomego użycia. Do menu nie ma co zaglądać. Znajdziemy tu tylko zestaw niezbędnych do obsługi kamery, funkcji, z których najważniejszą jest…. Formatowanie karty po zgraniu materiału i przed następnym użyciem.

Podnosząc do oka wizjer widzimy jasny i klarowny obraz, a wraz z nim podstawowe symbole ułatwiające ustawienie parametrów w trybie manualnym lub informujące o ustawieniach w trybach automatycznych. Hmmm…. Zagalopowałem się. Istotnie jest tu wszystko tylko nie jest to to samo „wszystko” do czego przyzwyczaiły nas lustrzanki serwujące dziesiątki danych. Ważne są ramki informujące o zakresie kadru z daną optyką. Ważny jest dalmierz. Tyle, że, nie wiem czy dobrze przekażę wrażenia, ale celownik wraz z polem dalmierza stanowi podstawę używania korpusów M – w ogóle, a te wszystkie dodatki, o których piszę powyżej mają jakoś drugoplanowe znaczenie. Nawet w trybie manualnym kierujemy się strzałkami i kropką informującymi o poprawnej ekspozycji, a tak naprawdę wiemy, że kiedy korzystamy z wizjera, a tryb LiveView jest wyłączony, migawka jest zamknięta i pomiar odbywa się jak dawniej, w czasach fotografii analogowej,  poprzez odbicie światła od lamelek, pomalowanych na różne odcienie szarości. Nie jest to pomiar z matrycy, lecz pomiar uśredniony, który daje wspaniałe rezultaty, między innymi dlatego, że ustawiony jest na inny procent szarości niż w większości kamer. Nie jest to 16 czy 18 % tylko 12 %. Ta mała zmiana powoduje, że nawet surowe pliki jpeg, wyglądają wyśmienicie. Taak…. Napisałem od niechcenia, że migawka jest zamknięta, zasłaniając dostęp do matrycy. To kolejne, z pozoru mało istotne, a jednak świadczące o przemyślanej i skoncentrowanej na osiąganiu celów konstrukcji. W typowym bezlusterkowcu matryca położona blisko bagnetu, bardzo łatwo ulega zanieczyszczeniu, przy kolejnych zmianach obiektywu. W korpusach Leica – po odpięciu obiektywu, zawsze zauważycie lamelki migawki. To świetne rozwiązanie. Jednak to nie koniec cech, które sprawiają, że nie boję się nazwać tego modelu najbardziej skoncentrowanym na wyniku i ergonomii – systemie fotograficznym.

Jest jeszcze coś. Migawka jest bardzo cicha. Producent się tym chwali, a tak naprawdę ma bardzo trudne zadanie, ponieważ nie da się tego łatwo opisać. Migawka jest mechaniczna ale „cyka” w piękny sposób, generując delikatny dźwięk, i nie wywołując wyczuwalnych wibracji. Możecie zrobić zdjęcie komuś, kto stoi od was oddalony o 2 metry, i nic nie usłyszy…. 

Cech, które powodują, że to wyjątkowy system jest więcej. Znacznie więcej. Są to cechy, które odróżniają korpusy Leica od innych aparatów fotograficznych dostępnych na rynku. Możliwość indywidualizacji przez zamówienie specjalnej wersji (na razie modele 240 i 246), szafirowe szkło na ekranie, precyzyjny dalmierz w całości opto-mechaniczny, dedykowana optyka o najwyższej jakości i wiele innych. 

W rezultacie system ten jest wyjątkowo dojrzałym systemem dla ludzi, którzy wiedzą czego chcą. Są na rynku aparaty oferujące znacznie większe możliwości technologiczne, ale żaden z nich nie jest wykonany w tak doskonały sposób. Dlatego właśnie sięgają po korpusy Leica dojrzali twórcy, których nie interesuje pogoń za nowinkami tylko posiadanie narzędzia doskonałego do wykonania konkretnej pracy – fotografii. Czy nie zauważyliście, że to zjawisko dotyczy każdej sfery działalności człowieka? 

Przypominam sobie jak odwiedzałem markety z elektronarzędziami poszukując najlepszego modelu konkretnego urządzenia. Czytałem testy, szukałem po Allegro i Ebayu i myślałem, które kupić. Tymczasem trafiłem do warsztatu rzemieślnika, gdzie znalazłem urządzenie robiące dokładnie to samo, ale takie, którego w żadnym sklepie nie widziałem. Nazwa obca. Niemiecka. Jakieś nazwisko… Nic mi to nie mówiło. Rzemieślnik stwierdził, że w międzyczasie jego znajomi „zajechali” dziesiątki modeli dostępnych w sklepach i znają imiona dzieci pracowników punktu serwisowego. On maszynę odziedziczył po ojcu i nigdy go nie zawiodła. Z ciekawości poszukałem tej nazwy w internecie. Odnalazłem fabrykę produkującą urządzenia do obróbki stali, głównie w przemyśle zbrojeniowym…  

Pozostaje odpowiedzieć na pytanie – jak fotografuje się modelem M10P? Trochę niesamowicie. Postaram się to wyjaśnić głębiej. Nagle jesteśmy „pozbawieni” czającego się pod palcami gigantycznego menu, które daje poczucie głębszego sprecyzowania naszych możliwości… Czyż nie zależy nam na ogół na tym, aby w naszej kamerze jak najwięcej dało się „ustawić”? Tu mamy tylko to co niezbędne. Czyli niby jakiś brak… Tymczasem po paru zdjęciach zdajemy sobie sprawę, że na końcu jest tylko odległość ogniskowania, czułość, czas naświetlania i przysłona. To nowe odkrycie, którego nie da się wyjaśnić do końca. Ja nie fotografuję reportażowo. Nie muszę. Lecz zbierając zdjęcia do artykułu, niejako automatycznie znalazłem w sobie śmiałość do fotografowania wszystkiego wokół, w sposób lekki, szybki i sprawny. Automatyka naświetlania działała znakomicie, balans bieli wzorowo. W mojej gestii został wybór kadru i ostrość. Preferuję w tych korpusach dalmierz i przedkładam go ponad celownik elektroniczny. Ostrość nastawia się błyskawicznie.

To ten element pod obiektywem, sprawia, że ostrość nastawiamy w ułamku sekundy sprawnym przesunięciem kciuka. Proste, stare…. Klasyczne. Genialne.

Potem następuje ciche cyknięcie migawki, które oznacza przechwycenie obrazu o doskonałych parametrach. Nikt nie zwraca na Was uwagi. Wyglądacie jak amator owładnięty ideą fotografowania byle czego. Nikt się Was nie wystraszy. Spróbujcie tego samego z profesjonalnym korpusem Nikona czy Canona z obiektywem zoom 24-70 f/2,8… Kamera jest niewielka ale solidna, cięższa niż większość z tworów konkurencji, ale ta jej solidność i „metaliczność” daje niesamowitą pewność użytkowania. Leica thumbs – czyli specjalny element umieszczany w sankach lampy błyskowej i wyprofilowany tak, aby kciuk miał lepsze oparcie na tylnej ściance – wykonany jest jak element broni palnej. Ciężki solidny, poczerniony. Przypomina bardziej element Walthera czy Glocka, niż część aparatu fotograficznego. Całość daje nieporównywalne z niczym wrażenie pewności, zwłaszcza, że wiemy, jaką jakość uzyskujemy z zakładanej, markowej optyki. Rzut oka na ekran po wykonaniu zdjęcia, za każdym razem ukazuje bardzo plastyczny kadr. Leica M10P to najbardziej dojrzały aparat fotograficzny jaki miałem okazję używać. Smukły, piękny, wykonany tak solidnie jak to tylko jest możliwe – nasuwa myśl – dlaczego inni producenci dają za wygraną i wykonują korpusy z tak dużą ilością tworzyw sztucznych. Jest to też jedyna fotografująca w kolorze Leica, którą jestem w stanie zaakceptować, owładnięty bez reszty miłością do modelu M Monochrom Typ 246. Jeśli jednak pomyślę, że może kiedyś fabryka w Solms wprowadzi na rynek model M10 Monochrom…. Czuję dreszcze. Może kiedyś do średniego formatu wprowadzą matryce 100 MP, a do serii M  – matryce o rozdzielczości 42 czy 50 MP? Pożyjemy. Zobaczymy.

Wszystkie fotografie ‘byle czego” wykonałem z użyciem optyki Summicron 35 mm f2 ASPH i Summarit 90 mm f/2,5. Trzymanie w dłoni tak “metalowego”, na wskroś esencjonalnego, dobrze wyważonego korpusu z tak małą i świetną optyką, skłania do fotografowania wszystkiego. Dlatego chyba reporterzy i streetowcy cenią M tak bardzo. Fotografie można powiększać;-)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *