Subiektywnie… Filtry fotograficzne

Mógłbym napisać to bardzo szybko. Nie używajcie filtrów fotograficznych. W ogóle. Proste? Ach, gdyby tak to wyglądało w praktyce. Niestety tak dobrze nie jest. Problem jest bardzo złożony. Przedstawię Wam różne punkty widzenia, różne zagadnienia związane z używaniem filtrów fotograficznych. Wszystko po to, abyście mogli sami zdecydować, które z moich przemyśleń warto wykorzystać, z którymi się zgadzacie, a z którymi absolutnie Wam nie po drodze. 

Przez wiele lat przez moje ręce przewędrowały całe hordy filtrów. Widziałem naprawdę wiele konstrukcji, wyrobów różnych producentów, finalnych efektów jakie dzięki nim osiągnąłem… Po wielu latach wyrobiłem sobie stanowisko na ten temat. Stanowisko na tyle głęboko przemyślane, że już go nie zmienię. Aby zaoszczędzić Wam żmudnych poszukiwań przedstawię, jak zapatruję się na ten temat obecnie, gdy dążenie do doskonałości technicznej obrazu, jest dla mnie priorytetem. Nim to zrobię, kilka przemyśleń.

W czasach gdy fotografowało się jeszcze na materiałach światłoczułych, stosowanie filtrów było czymś nieodzownym. Wpisane było w istotę fotograficznego warsztatu. Bez filtrów nie dało się żyć! Naprawdę. Każdy kto fotografował w czerni i bieli musiał posiadać przynajmniej filtr zółto-zielony lub pomarańczowy (zwłaszcza ten drugi). Ja używałem także czerwonego – do krajobrazów. W pracy na materiałach diapozytywowych posiadanie filtrów korekcyjnych, było podstawą pracy profesjonalnego fotografa. Korekta barwna to była cała wiedza. Należało znać temperatury barwowe światła, w różnych porach dnia i roku, temperatury barwowe żarówek, świetlówek itd. Należało wiedzieć jakiego filtru użyć fotografując na materiałach przeznaczonych do światła sztucznego czy dziennego. Filtry ocieplające, bursztynowe i oziębiające – o niebieskawym zabarwieniu musiał posiadać każdy. W zachodnich periodykach szukało się informacji na temat tego, jakich filtrów użyto przy wykonywaniu konkretnych zdjęć. Zgłębianie warsztatu zachodnich fotografów było pasjonującym zajęciem. Często kończyło się zderzeniem z brutalną rzeczywistością – nie możliwością zakupu konkretnego filtra. Biorąc pod uwagę charakterystykę barwną konkretnego diapozytywu, trzeba było ustalić jakiego filtra, użyć w tych konkretnych, warunkach świetlnych. Rada fotografa z Wielkiej Brytanii, opisującego filtr bursztynowy 81A, jako podstawowy przy fotografowaniu krajobrazów, wydała mi się bardzo istotna. Lekkie ocieplenie to było coś pożądanego. Klient oczekiwał zdjęć „optymistycznych”, a przecież w naszych warunkach klimatycznych, przy naszym słońcu…. Ba. przy używaniu Fuji Velvia (profil neutralno-ciepły) było ok, ale przy Kodak Ektachrome (neutralnie zimny) sprawa nabierała priorytetowego charakteru. Wiadomo. 

Tabele temperatur barwowych miałem w jednym palcu i wiedziałem co zrobić jeśli fotografuję na diapozytywie w cieniu drzewa, które oświetlone jest pięknym słonecznym światłem w samo południe, w lipcu. W torbie miałem cały zestaw filtrów dopasowanych do wszystkich obiektywów. Było ich kilka rodzajów, ale na tyle dużo, że dawałem radę w każdych warunkach. Część torby, która przeznaczona była na filtry, była całkiem pokaźna. Jakie to były filtry? UV, na każdym obiektywie. Dla zabezpieczenia obiektywu…  Oczywiste! Pomyślicie. Otóż nie do końca, ponieważ obecnie takich filtrów nie stosuję. Ale na razie ten temat zostawmy. Filtry korekcyjne – wiadomo z dwa bursztynowe i z dwa niebieskawe. Filtry konwersyjne (umożliwiały fotografowanie na materiale przeznaczonym do innej temperatury barwowej). Film do światła sztucznego musiał być przefiltrowany obrazem wpadającym przez filtr bardzo silnie ocieplający (3200K na 5500K) i na odwrót, w przypadku gdy na filmie do światła dziennego, chcieliśmy fotografować przy świetle żarówek czy halogenów. Tu trzeba było stosować filtry niebieskie. Filtry szare. Filtr polaryzacyjny. Filtry połówkowe. Kilka filtrów efektowych. Połówkowe i efektowe raczej w formacie prostokątnym. Reszta okrągła, nakręcane bezpośrednio na obiektyw. 

Tu pierwsza rada – aktualna zawsze

Każdy filtr degraduje jakość obrazu. To oczywiste, zważając na przemyślą budowę optyczną obiektywów. Im lepszy filtr, tym ten wpływ mniejszy, ale nie miejcie złudzeń. Dodanie do przemyślanej konstrukcji optycznej obiektywu, dodatkowej warstwy szkła – musi – pogorszyć jakość obrazu. Możecie jednak, posiadając stosowną wiedzę, próbować ograniczać wpływ filtra na jakość obrazu końcowego. 

Po pierwsze więc – wracając do filtrów prostokątnych – uważajcie. Na ogół, mocowane są przez specjalne uchwyty, które odsuwają powierzchnię wsuwanego filtra od przedniej soczewki obiektywu. Im większa jest ta odległość, tym gorzej. Pogarszamy obraz, nie tylko przez zastosowanie filtra, ale także przez stworzenie możliwości odbić wewnętrznych w przestrzeni pomiędzy filtrem, a soczewką. Nie wspomnę o luzach w adapterach, najczęściej wykonanych z tworzywa sztucznego, które nie pozwalają na idealnie prostopadłe ułożenie filtra w stosunku do osi optycznej obiektywu. Problematyczne osłony przeciwsłoneczne, nawet te modułowe, jak w systemie Cokin, różnie dopasowują się do ogniskowej. Uchwyty mocujące, mają możliwość zastosowania kilku filtrów… Nałożenie filtra polaryzacyjnego + jakiś efekt daje bardzo dużą stratę w jakości obrazu. Więcej odbić, utrata kontrastu itd. Oczywiście w przypadku fotografowania krajobrazów, zakup i używanie filtrów prostokątnych, zwłaszcza połówkowych, wydaje się nieodzowne, ale w czasach głębokiej postprodukcji? Chyba już nie tak uzasadnione. Jeśli więc musimy, ograniczajmy ilość filtrów prostokątnych. Chyba, że filmujecie krajobrazy do poważnych zastosowań. To co innego. Filmowe kompendia wymuszają używanie profesjonalnych, grubych filtrów prostokątnych. Szklanych oczywiście, bardzo drogich ale i bardzo dobrych.

No dobrze. Kupować więc okrągłe, nakręcane? Jakie?

Nie tak prędko. Nim odpowiemy sobie na to pytanie, zróbmy coś dla siebie i zastanówmy się, jak nie popełnić mojego błędu sprzed lat. Kupując obiektyw, od razu zaopatrywałem się w odpowiednie filtry. Odpowiednie, czyli o wysokiej jakości, a więc bardzo drogie. Filtrów przybywało, aż doszedłem do kresu wytrzymałości i zmusiłem się do myślenia… Miałem wówczas system Nikona. Średnice mocowania filtrów od 52 mm do 77 mm. Oczywiście zoom 70-200 oraz szeroki obiektyw, posiadały największe średnice. Standard, najmniejszą. Ja chciałem mieć filtry najwyższej jakości. Inwestowałem tylko w markowe produkty. Po pierwszych doświadczeniach z filtrami firm niezbyt znanych (tanich), dałem spokój. Zacząć musicie od filtru najważniejszego. Polaryzacyjnego. Dlaczego najważniejszego? O tym poźniej. Teraz kwestia oczywista. Filtr polaryzacyjny jest grubszy, niż standardowy filtr. Ma naturalną tendencję do zwiększania winietowania, więc musi być szerszy niż przewidywany do danego mocowania. Zobaczcie jak wyglądają filtry polaryzacyjne firm produkujących lepszą optykę. Nikon np. oferował filtr z mocowaniem 55 mm od strony obiektywu, ale ogólnie znacznie szerszy, który od strony zewnętrznej miał średnicę gwintu 62 mm. Najpierw musicie określić największy rozmiar filtra, jaki będziecie potrzebować. Najlepiej wziąć od razu takie rozmiary, które będziecie posiadali w swym systemie w przyszłości. Sprawdzić np., że obiektyw Waszych marzeń to szeroki kąt o średnicy mocowania filtra 77 mm. To będzie Wasze maksimum. Ponieważ to szeroki kąt – 24 lub nawet 16 mm. Lepiej od razu założyć użycie filtra o średnicy 82 mm. Unikniecie winietowania, i zmniejszycie ryzyko utraty jakości na brzegach. Kupujecie za kilkanaście złotych, metalowe redukcje umożliwiające nakręcenie na obiektyw filtrów o tej średnicy. W przypadku mniejszych systemów – jak Leica czy Sony te wielkości będą mniejsze, w przypadku systemów większych gabarytowo, jak Canon czy Nikon większe. Mając obiektywy o mocowaniu filtra 49, 52, 62 mm – wybieramy np. 67 mm lub 72 mm. To jest maksymalny rozmiar filtra. Zaopatrujemy się w przejściówki na każdy obiektyw i od razu w stosowne dekielki. Przejściówki 49-67 (lub 72 mm), 52-67 (lub 72 mm), załatwiają problem. Wszystkie filtry kupujecie jako 67 mm (lub 72 mm) i koniec. Po problemie. Oczywiście dotyczy to w szczególności filtrów takich jak szare czy polaryzacyjne. Filtry UV, też mogą się przydać, i tu lepiej mieć je w średnicy obiektywu. Obiektyw z przejściówką wygląda śmiesznie, lub (jak kto woli) bardziej profesjonalnie. Mały standard F/1,8 z filtrem 72 mm wygląda bardzo pro. Pamiętam standard Nikona z przejściówką 52 na 72 mm… Nie za bardzo to było ładne, ale, jaka oszczędność. Zamiast kilku filtrów polaryzacyjnych – jeden. Może być najdroższy. 

Zauważcie, że producenci renomowanych szkieł, dla obiektywów super szerokokątnych stosują dużą ilość dystansu, pomiędzy krawędzią pierwszej soczewki, a mocowaniem filtra. To właśnie po to, aby filtr był większy i nie wpływał negatywnie na jakość zdjęcia. 

Filtr, a osłony przeciwsłoneczne

Oczywiście w przypadku wyboru takiego podejścia do tematu, musicie przemyśleć co z systemem osłon przeciwsłonecznych. Ja kiedyś rozwiązałem problem tak, że miałem system z określonym największym filtrem na 72 mm. Standard miał 52 mm. Dwie przejściówki umożliwiały takie mocowanie. 52 na 62 i 62 na 72 mm. Do obydwu zestawów stosowałem tę samą, dedykowaną do ogniskowej 85 mm, metalową osłonę przeciwsłoneczną. Nie winietowała na 50 mm obiektywie, ponieważ miała większe mocowanie. To było super rozwiązanie. To pole do kreatywności, poszukiwań osłon z dawnych systemów, na portalach aukcyjnych. Polecam stare, wkręcane osłony Contaxa czy Nikona. Porządne, solidne, dobrze zmatowione, prezentują się świetnie. Ale wracajmy do filtrów.

Filtry UV, ochronne itd. Czy je stosować? 

Wszyscy producenci filtrów, media fachowe i sklepy oczywiście doradzają zakup takiego filtra, najlepiej wraz z obiektywem i najlepiej, gdy założymy go od razu na obiektyw, zaraz po rozpakowaniu. Oczywiście biznes musi się kręcić ale… Czytając ten artykuł, chcecie dążyć do doskonałości technicznej… A tej z filtrami nie osiągnięcie. Ja filtrów nie stosuję w ogóle! Wiem. Wpojone przez dziesięciolecie slogany, w stylu bez UV nie wychodź z domu itp. Zrobiły swoje. Ja jednak proszę abyście się zastanowili.

Kiedy można śmiało stosować zasadę, że filtr zawsze musi być na obiektywie? Po pierwsze w sytuacjach niekorzystnych dla naszej optyki. Plaża w wietrzny dzień, skały z erodującego piaskowca, morski rejs, opady deszczu, pył w hali fabrycznej itp. To miejsca gdzie powinniśmy używać filtra UV lub ochronnego. Oczywiście możliwie, jak najlepszego. Kręcąc kiedyś sceny jazdy za Lamborgini po naszej poczciwej autostradzie A4, zniszczyłem całkowicie filtr polaryzacyjny za kilkaset złotych, w który przy prędkości…. bardzo dużej…. wbiły się złote i srebrzyste opiłki metalu. Wbiły się w szkło! Są nie do usunięcia. Co stało by się z obiektywem Carl Zeiss ZE 25 mm F/2, gdyby nie filtr? Strach pomyśleć. Filtr powinniśmy posiadać. UV i polaryzacyjny. To wszystko. Ja innych nie posiadam (poza szarymi do filmowania). Bardzo rzadko zakładam jednak filtry. A czy Wy powinniście? To zależy od rodzaju uprawianej fotografii, waszego doświadczenia fotograficznego, nawet tego związanego z obyciem się ze sprzętem. Ja raczej pracuję w kontrolowanych warunkach, mam też jednak duże, machinalne wręcz obycie ze sprzętem i umiem nie doprowadzać do zagrożeń. Używam w miarę małych obiektywów, bez ogromnych osłon przeciwsłonecznych, więc łatwo mogę obiektyw ochronić, nawet dłonią. Nie doprowadzam do sytuacji, gdy soczewce coś grozi. Mam zawsze przy sobie przemyślany zestaw czyszczący do optyki. To wystarczy. Jeśli nie macie jeszcze dostatecznego obycia ze sprzętem, pracujecie w niebezpiecznych warunkach, operujecie sprzętem bardzo szybko – wówczas filtry zabezpieczające powinniście stosować.  

Pogorszenie jakości obrazu – prawda czy mit?

Musicie sobie jednak zdawać sprawę, że pogarszacie swój obraz. Oczywiście nie zawsze w tym samym stopniu. Jeśli Wasz docelowy format, to druk w prasie czy książce – nie musicie się obawiać. Jeśli posiadacie aparat ze słabą matrycą – tym bardziej. Mała ilość pikseli, mała wielkość matrycy i tak uśrednią wiele detali. Jeśli fotografujecie obiektywami niezbyt drogimi, lub niezbyt dobrymi (często jedno pociąga za sobą drugie), także nie musicie się martwić. Możecie mieć filtr zawsze na obiektywie. Jeśli jednak fotografujecie obiektywami o bardzo wyśrubowanych osiągach, drogich, gdzie w pełni otwarta przysłona jest przysłoną roboczą. Wówczas filtrów nie stosujcie – jeśli tylko warunki zewnętrzne na to pozwalają (patrz akapit powyżej). Czy to podstawowe zalecenie? Nie. Są aspekty, które mają większy wpływ na degradację obrazu przez filtr.

Po pierwsze jakość filtra. To najważniejsze kryterium. Renomowany producent, ilość powłok, gatunek szkła, grubość szkła i mosiężna oprawa będą podstawą przy wyborze. Dobry filtr odpłaci się Wam dobrymi rezultatami. Kupując drogi obiektyw, zainwestujcie w drogi filtr (jeśli już musicie). Zakładanie na obiektyw Leica filtru firmy Hama ma niewiele sensu. To oczywiste. Filtry takich firm jak Heliopan, Tiffen, B&W, Rodenstock, Schneider Kreuznach, Leica czy Carl Zeiss możecie uznać za standard, który spełni Wasze oczekiwania. Czy zawsze? Nie!

Jakość filtra, a zasady optyki

Filtr może być bardzo dobry. Problemem jest często nie zrozumienie zasad optyki, a jeszcze częściej zasad budowy filtra. Z doświadczenia wiem (po wielu eksperymentach), że ogniskowe od 50 mm w górę, nie są zbyt czułe na stosowanie filtrów. Filtry niezbyt wpływają na jakość zdjęć. Ogniskowe 50, 85, 135 i dłuższe, nie muszą obawiać się degradacji obrazu. Przy tych ogniskowych stosowanie filtrów wpływa na końcowy obraz w minimalnym stopniu. Problem rodzi się, gdy stosujemy obiektywy szerokokątne. Im krótsza ogniskowa, tym ryzyko utraty jakości większe. Przyczyną jest nie tylko większy zakres głębi ostrości, który np. uwidoczni nam na zdjęciu pyłek, który osiadł na filtrze. Największym zagrożeniem jest fizyczne zjawisko załamania światła przy przejściu przez powierzchnię szkła. Im kąt jest większy, tym straty jakościowe większe. Nie na darmo, kształty przednich soczewek obiektywów szerokokątnych mają specyficzne wygięcie, aby zniwelować to zjawisko. Natomiast filtry są płaskie. Dwukrotne załamanie się promieni na styku powietrze-szkło powoduje utratę jakości. Znaczną. Widać to już od ogniskowej 35 mm! Przy ogniskowych 21, 16, 12 mm, to zjawisko potrafi być katastrofalne w skutkach. Oczywiście im dalej od centrum kadru, tym gorzej.

Druga sprawa. Jakość filtra i jego budowa. Szybka jaką jest filtr typu ochronnego czy UV, powinna być równa na całej powierzchni. To podstawowy warunek. Powłoki przeciwodblaskowe to drugi warunek. Mosiężna oprawa, (nie aluminiowa!!!), która jest bardziej odporna na zmiany temperatury, nie powoduje naprężeń, nie niszczy gwintu na obiektywie. Filtr jest cięższy, ale bilans zysków wyraźnie korzystniejszy. Filtry cienkie to też duży sens. Bardziej precyzyjnie wykonane – są droższe, ale mają mniejszy wpływ na jakość obrazu. Co innego z filtrami polaryzacyjnymi. One muszą być drogie. To dwie szybki, pomiędzy którymi umieszcza się folię polaryzacyjną. Dwie warstwy szkła! Folia! Rozumiecie? Tu musimy postarać się o dobrej jakości produkt. Jest łatwa możliwość sprawdzenia filtra polaryzacyjnego. Oświetlacie filtr leżący na jakimś podłożu (biurko, stół) lampą żarową (coraz trudniej o taką) o widocznym zwoju żarnika. Może być napis na żarówce. Fotografujecie filtr, a raczej odbicie w nim żarnika (ostrość na żarnik, napis). Oglądacie obraz. Jeśli widzicie dwa równoległe do siebie żarniki (napisy) to źle. Jeśli odległość pomiędzy nimi jest bardzo mała to dobrze. Jeśli jest jeden to znakomicie. Folie też są ważne. Polecam szczególnie filtry z folią Kasemann. Oczywiście nie muszę nadmieniać, że filtr musi być filtrem cyrkularnym (kołowym), a nie linearnym co ma wpływ na system pomiaru światła i elektronikę. Skuteczność filtra, jego możliwości tłumienia odbić, redukcji kontrastu itd.,  mogą znacząco się różnić. Z mojego doświadczenia wynika, że pomimo produkcji z tego samego szkła, firmy takie jak Schneider, czy Rodenstock robią filtry polaryzacyjne lepsze niż inni producenci. 

Trzecia sprawa – jakość obiektywu. Absurdalne, ale im wyższa jakość konstrukcji optycznej, tym używanie filtrów ma mniejszy sens. Psujemy optyczną doskonałość obiektywu. Takie konstrukcje oferują pracę przy otwartej przysłonie jako przysłonie roboczej. Filtr tym bardziej wpływa na jakość naszego cyfrowego negatywu. Oczywiście pracując na przymkniętej przysłonie redukujecie efekt degradacji jakości obrazu, ale czy to ma sens?

Dowód. Obiektyw Voigtlander 35 mm F1,2 Asperical II. Ostry. Bardzo ostry. Wykorzystany z obiektywem polaryzacyjnym firmy B&W – SLIM NC Nano. Normalnie przyzwyczaił mnie do idealnych rezultatów. Do jednej z sesji kalendarzowej, użyłem tego filtru ze względu na podkreślenie delikatnych chmur na niebie. Filtr pozostał na kilka następnych zdjęć… Niestety w wizjerze, ani na ekranie tego nie widziałem. Bez filtru obraz byłby lepszy. Trzeba wyciągać wnioski. Dlatego, między innymi nie stosuję żadnych filtrów. Filtr polaryzacyjny dobry jest dla fotografii komercyjnej – na potrzeby klienta, prasowej, podróżniczej. W strefie ciepłych klimatów, nad Morzem Śródziemnym itp. wydaje się być nieodzowny. Granatowe błękity nieba, pięknie wyglądają, odróżniając nasze fotografie od tych robionych smartfonami czy kompaktami. Kontrasty mniejsze, kolory głębsze, odblaski pomniejszone. Jednak… Tu kwestia zastanowienia, które przyszło, gdy nie musiałem naginać się do gustu klienta docelowego. Czy przy dążeniu do perfekcji, nie tracimy ulotności prawdziwego świata. Subtelności, odblasków, przebarwień – naturalności po prostu. To temat do przemysleń. Fotografując postać za szybą, nakręcamy filtr polaryzacyjny… A może ciekawiej będzie, pozwolić, na powstanie odblasków w szybie i dodanie kolejnej warstwy narracyjnej na zdjęciu? Ja po wielu latach trwania w błędzie – wybieram to drugie rozwiązanie. 

Filtry szare

To gorsza sprawa. Potrafią nam pomóc w dwóch różnych typach sytuacji. Po pierwsze bardzo długie ekspozycje. Fotografia krajobrazowa lub architektury z rozmytymi chmurami lub wodą daje magiczne efekty. Nie przesadzajcie z gęstością filtra. Tu i tak pracujemy na dużych przysłonach. Długie czasy pojawiają się łatwo. Dlaczego odradzam duże gęstości? Otóż niebezpieczeństwo z jakim przyjdzie nam się zetknąć jest takie, że na naszych naświetlonych plikach odkryjemy anomalie, związane z efektem Schwarzschilda i jego pobocznymi skutkami. Problem właściwego naświetlenia i występujące zjawisko zmiany kolorów potrafią zirytować. Dlatego łatwiej wykonać takie fotografie w czerni i  bieli. Jakość filtra ma tu dramatyczne znaczenie. Jeszcze większe zaś znaczenie ma w przypadku drugiego typu sytuacji – używania w jasnym świetle, jasnych obiektywów. Taki Mitakon 50 mm F/0,95 czy Noctilux 50 mm F/0,95 dają naprawdę ciekawy obraz rzeczywistości, gdy użyjemy ich z otwartą przysłoną w dużym kontraście oświetlenia. Wbrew pozorom czasy otwarcia migawki w granicach do 1/8000 sekundy mogą nie wystarczyć w słoneczny dzień, gdzieś na południu Europy czy w tropikach. 

No i na koniec. Jeśli używacie filtrów UV czy ochronnych, jako stałego zabezpieczenia obiektywu, pamiętajcie, żeby je zamieniać na polaryzacyjny, a nie używać wspólnie. Jeden filtr na obiektywie to czasami konieczność i pójście na kompromis. Dwa filtry jednocześnie to coś czego powinniście się bać. Dla mnie – niewyobrażalne. Dlatego nie używajcie filtrów zmiennoszarych. To dwa filtry polaryzacyjne złączone ze sobą. Strata jakości zbyt duża! Dwa szkła, dwie folie polaryzacyjne…. Sami rozumiecie. Na koniec jeden szczegół. Na jakimś forum znalazłem naiwne zapytanie – Jaki filtr zabezpieczający na obiektyw? UV czy Skylight? To bezsens. Każdy możecie zastosować, ale pamiętajcie, że filtr UV likwiduje zamglenia i niebieskie zafarby a Skylight ociepla obraz. Obojętnie czy 1A czy 1B, ociepla i tym samym do tego co daje nasz obiektyw, dodaje swoje „trzy grosze”. Ocieplić możemy w postprodukcji, a cyfrowy negatyw powinien być jak najlepszy technicznie. 

admin Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *